czwartek, 26 marca 2020

sen dwudziesty siódmy

Wchodzę do piwnicznej knajpy, wszędzie ciemno, pełno książek na regałach na każdej ścianie, siadam z jakimiś dwoma typami, to chyba znajomi. Bawią się żywym motylem, wokół latają motyle, to chyba motylarnia jakaś. Nagle doznaje iluzji, wokół mnie widzę latające rybki,  małe kolorowe, wszedzie, jakbym się czymś zaćpała. Wychodzę stamtąd, łaże po knajpie,  ma ze dwa piętra - tak, w piwnicy.
Jakiś koleś mnie zaczepia, drugi go łapie i powstrzymuje. Chcą się bić, wychodzimy na zewnątrz i jestesmy na sporym trawniku koło mojego bloku. Kolesie są ubrani w białe starodawne koszule płócienne i zaczynają się bić, obok jest  niewielkie ognisko, jeden drugiego popycha w nie, ognisko się rozwala i płonące gałęzie sięgają mojego laptopa i komórki, które leżały nieopodal. Palą się błyskawicznie. Nie wiem co robic, nie uratuje już sprzętu, muszę wymyślić skąd wezmę nowy, masakra.